Forum Świat Konlangów Strona Główna Świat Konlangów
Polskie Forum Językotwórców
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Kącik literacki

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Świat Konlangów Strona Główna -> Inne
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
bandziol20




Dołączył: 01 Wrz 2011
Posty: 138
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Czw 12:39, 22 Lis 2012    Temat postu: Kącik literacki

Postanowiłem zamieszczać tu jakieś wiadomości o ciekawych książkach.
Zachęcam Was również do zamieszczania swoich literackich typów.
Motywem do założenia tego wątku stała się książka, na którą się natknąłem przed paroma tygodniami, wychodząc z biblioteki, na stoliku z książkami do oddania. Jasnożółta, cienkotekturowa okładka. Stara. Natomiast tytuł magnetyzujący "Karmazyny i żuliki". Wow, ktoś tak zatytułował książkę ? O co chodzi ? Od razu wiedziałem, że muszę ją wziąć i choćby przejrzeć. Ponadto już na samej okładce zwróciły moją uwagę 3 rzeczy :
1. egzotyczne, niesłychane nazwisko autora : Jerzy Strzemię-Janowski. Kto zacz ?
2. brak daty wydania
3. wydawnictwo : Biblioteka Prenumeratorów "Kurjera Porannego" (no i drukarnia Józefa Zielony, Warszawa)
No, a niech to ! Kurjera ? Na mój nos chyba jakaś przedwojenna ?
Gdy wróciłem do domu, czym prędzej wyjąłem ów Skarb z teczki.
Zacząłem czytać. Rozdział pierwszy : Tytułem wstępu - o narodzinach poety. Zdziwiłem się, myśląc sobie, że oto mam przed sobą jakieś niewczesne dziełko przedwojennego grafomana. Ale ze względu na retropolski język (to mój konik) postanowiłem przełknąć tę gorzką pigułę i poczytać sobie dalej.
W rozdziale autor streszcza w jakich okolicznościach przyrody został pisarzem. Okazuje się, że ze względu na swoją sytuację finansową postanowił zostać korektorem w przedwojennej gazecie "Kurjer Codzienny". Hmm... o tym, jak bardzo korekta w tamtych czasach była potrzebna zorientowałem się, o ironio !, czytając ów pierwszy rozdział. Pomijając przedwojenną ortografię, w książce roiło się od błędów drukarskich, ale również - jak się mogę domyśleć - od odautorskich "wstawek". Smile
No nie nastrajało mnie to jakoś specjalnie pozytywnie do dalszej lektury, ale czy to z szacunku dla "dawności" książki, czy z ciekawości, co to za karmazyny, a już na pewno co żuliki, postanowiłem ciągnąć lekturę.
No i nie pożałowałem decyzji. Okazało się, że chodzi... o konie, ale również i o inne czworonogi, zwłaszcza psy, kozę, ale i ptaki oraz o pewną zgrywną małpę. Książkę pochłonąłem w trzy dni. Postanowiłem poszperać w bibliotekach i zrobić jaki taki research o samym autorze, jako że w życiu o nim nie słyszałem, i sprawdzić czy czego jeszcze nie naskrobał...
Oto co udało mi się wygrzebać...


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez bandziol20 dnia Czw 12:42, 22 Lis 2012, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
bandziol20




Dołączył: 01 Wrz 2011
Posty: 138
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Czw 12:44, 22 Lis 2012    Temat postu:

Jerzy Strzemię Janowski żył 51 lat (2 V 1887 — 17 IV 1938 Warszawa), był właścicielem majątku rodzinnego w Strutynie na kresach wschodnich, niedaleko Złoczowa, który utracił, absolwent Akademii Rolniczej w Freysing w Bawarii, z zamiłowania hodowca koni, wytrawny jeździec i sportowiec. W latach 1915 — 1917 jako obywatel zaboru rosyjskiego został internowany przez Austriaków na terenie Węgier. W późniejszym okresie schwytany przez grasujące we wschodniej Małopolsce bandy ukraińskich rebeliantów i dwukrotnie skazany przez nie na śmierć w latach 1918-1919, został uratowany przez okolicznych włościan, którzy jak jeden mąż stanęli w jego obronie. Po uratowaniu życia w 1919 r. przeniósł się w Poznańskie (Sierosław), a w końcu do Warszawy, gdzie zatrudniał się w prasie jako korektor. Jednak do końca życia tęsknił za wsią, za pracą na roli, przyrodą kresową i ludźmi z którymi tak był zżyty.
Objawił się jako pisarz w 1933 r. drukowanymi w „Kurierze Porannym" opowiadaniami o zwierzętach. Doczekały się one wydania książkowego w tomie "Karmazyny i żuliki" dopiero na osiem miesięcy przed śmiercią autora (czyli w 1937 roku). Książka została rozchwytana w ciągu kilku tygodni i z miejsca przystąpiono do druku wydania drugiego, którego autor już nie doczekał, podobnie jak wydania drugiej książki "Sarnie oczy i wilcze gardła". Na rok przed jego śmiercią ukazała się w wydawnictwie Biblioteki Dzieł Naukowych jego publikacja "Jak nazwać konia. Dziesięć tysięcy imion dla ogierów i klaczy" ułożone w alfabetycznym porządku. W „Kurierze Porannym” umieszczał także sprawozdania z wyścigów konnych i recenzje z filmów przyrodniczych. Sam o sobie powiedział:
„Nie jestem literatem, nie umiem pisać, nie umiem czytać. Opowiadam i koniec. ”
We wspomnieniu pośmiertnym postać Jerzego Janowskiego przybliżyła jego żona, znana literatka Maria Wielopolska:
Cytat:
„Zmarł nie najmłodszy wiekiem, ale piórem i poglądem na świat najmłodszy polski literat […] Nie miał ambicji literackich – jemu wystarczyło opowiadanie, a zwyczajowo tylko, czy tylko odruchowo, zaczął po czterdziestce notować sobie, co opowiadał […] Jak dalece odbiegał od tego, co literatura daje, dowodem sukces, jaki uzyskała jego książka. Ludzie zanurzyli się skwapliwie w nią, jak w świeżą, pachnącą trawę - a ci, co autora znali, doszukali się w niej wiernego odbicia tej sylwetki pełnej żywiołowej wesołości i pogody, enfant terrible wobec wszystkiego, co sztuczne, naciągnięte i napuszone – łagodnego baranka w stosunku do stworzeń i do istot słabszych […] Cały z siarki i ognia, gwałtowny i nieustępliwy, miał w gruncie rzeczy balsamiczną słodycz dla maluczkich (...) i z tej właśnie siarki i z tego balsamu powstawały opowiadania, które szybko opanowały polskie rzesze czytelników.”

Na płycie grobowej przyjaciele umieścili następujący napis: „Ostanę sam, pełen miłości kamieni, drzew, zwierząt i tej najtrudniejszej, najżmudniejszej — miłości człowieka…”


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez bandziol20 dnia Czw 13:03, 22 Lis 2012, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
bandziol20




Dołączył: 01 Wrz 2011
Posty: 138
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Czw 12:47, 22 Lis 2012    Temat postu:

"Karmazyny i żuliki" to książka, którą od razu zwrócił na siebie uwagę zarówno krytyki, jak i czytającej publiczności, zwłaszcza ówczesnych lub byłych ziemian.
Kaden-Bandrowski na łamach „Gazety Polskiej” napisał m. in.:
Cytat:
„Debiut Janowskiego, wyjątkowego znawcy zwierząt wzbogaca literaturę o zwierzętach o przyczynek pełen świeżych, cennych wartości uczuciowych i obserwacyjnych.”

Można powiedzieć, że książka Janowskiego to zbiór wspomnień z Podola, Poznańskiego i Warszawy, przede wszystkim jednak z Podola, czyli terenów dawnej Galicji, jeszcze sprzed pierwszej wojny światowej. Przewijają się tu nazwy takich miejscowości, jak rodzinny Strutyn, Lwów, Przemyśl, Sanok i Żółkiew, Rożniatów i Kołomyja. Bohaterami wspomnień Janowskiego są zwierzęta, zwłaszcza ukochane przez niego konie, ale nie tylko, czego przykładem niezwykła opowieść o kogucie Titipulku, zakochanym w starej pannie, gospodyni Franciszce. Janowski opisuje charty biorące udział w wyprawach myśliwskich, pieska Kajtusia, który był nieodłącznym towarzyszem braci studenckiej zdobywającej wiedzę w Królewskiej Akademii Rolniczej we Freisingu pod Monachium. Końcowe rozdziały o Kajtusiu są prawdziwie wzruszające.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez bandziol20 dnia Czw 12:48, 22 Lis 2012, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
bandziol20




Dołączył: 01 Wrz 2011
Posty: 138
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Czw 12:50, 22 Lis 2012    Temat postu:

Najwięcej jednak miejsca poświęca Janowski koniom. Widzi w nich nie tylko znakomity materiał wyścigowy, ale prawdziwych przyjaciół, istoty czułe, rozumiejące człowieka i bliskie mu, odczuwające podobnie jak on. W książce znajdziemy długi szereg pysznych „portretów końskich” i związanych z nimi historii. Autor opisał historię słynnej Kasztanki marszałka Piłsudskiego, ciepłych barw użyczył obrazom klaczy o wdzięcznych imionach : Iza, Maryśka, Lalka. Konie te różniły się między sobą, miały swoje charakterystyczne cechy, upodobania i narowy. Autor żyjący lata całe wśród koni, rozumiał je jak mało kto. Życie jego wypełnione było końmi i przygodami z końmi, a przepadał za niezwykłymi.
Na przykład w roku 1912 kupił od swego kuzyna Feliksa Scazighiny, który we Lwowie pełnił funkcję prezesa Towarzystwa Wyścigów Konnych, rasową klacz imieniem Mitzi. Kuzyn zgodził się na transakcję pod warunkiem, że rodzina Janowskiego podpisze zobowiązanie, że nigdy nie będzie miała do niego pretensji, jeśli kobyła spowoduje jego przedwczesną śmierć.
Był to bowiem koń o jakich w Galicji mówiono : „Dummkoller”. „Dumm” to po niemiecku „głupi”, „koller” to „cholera”, a więc synteza głupoty z cholerycznością. Cechy te zyskała, kiedy na konkursie upadła na przeszkodzie, uderzyła się w łeb i jej „odbiło”. Przy tej okazji zabiła też jadącego na niej właściciela, z zawodu – bankiera. Była to wspaniała sportowa klacz, która potrafiła przeskoczyć 206 cm, w polu skakała przez furmanki chłopskie, skakała przez wszystko. Byle nie na torze przeszkód wobec publiczności. Autor wspomnień pozbył się tej Mitzi, kiedy się wraz z nim zwaliła na przeszkodzie, nie bez obrażeń cielesnych dla właściciela.

Koniom w drodze, a żonie w domu — nie wierz.

Przykład innej końskiej indywidualności stanowiła Iza. Była tak chętna do zabawy z jeźdźcem, że wykonywała absolutnie wszystkie jego życzenia. Zakochała się w uprawianym kiedyś polowaniu z chartami na zające i lisy. Posiadła tę sztukę tak dalece, że nie trzeba było jej prowadzić, sama wiedziała, co w jakiej sytuacji robić. Kiedyś Janowski, goniąc na Izie zająca, trafił na nasyp tak stromy, że normalne wdrapanie się na kopytach było niemożliwe. Wtedy Iza uklękła na przednich nogach i tym sposobem pokonała pochyłość, a z drugiej strony nasypu usiadła na zadzie i zjechała. Inni jeźdźcy przegrywali, bo musieli takie przeszkody objeżdżać. W czasie I wojny ocenili tę klacz oficerowie kozaccy. Jeden z nich dosiadł jej, ale go natychmiast zrzuciła. „Czort nie łoszad’” – powiedział. Inny, w stopniu esauła, przyjechał w nocy, najpierw zrobił kanonadę przed dworem, potem wszedł do środka, przeżegnał się na obraz przedstawiający babkę z pieskiem, myśląc, że to ikona i zaproponował kupno Izy. Dawał za nią dwa, dawał sześć koni, ale właściciel zbyt kochał konie, by się Izy pozbyć. Bał się, że spróbują ukraść klacz. Zaczął z nią sypiać w oranżerii, wyśledzili, to ją zabierał do pokoju, wreszcie zabrał Izę i kilka najlepszych koni do odległego o 5 km Złoczowa i ukrył je w piwnicy u zaufanego Żyda, nazwiskiem Icek Cynamon. Ale władze wojskowe wezwały Icka do kopania szańców. To co zrobił Icek, co ? – Schował się w tejże piwnicy i tam go znaleźli, a przy okazji konie. Ale Jerzy Janowski uciekł z Izą, bo nie było przeszkód, jakich by ta klacz nie pokonała. Skaleczyła później nogę na pobojowisku i od tego zginęła.

Rolling Eyes


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez bandziol20 dnia Czw 13:06, 22 Lis 2012, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
bandziol20




Dołączył: 01 Wrz 2011
Posty: 138
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Czw 12:56, 22 Lis 2012    Temat postu:

Pasja autora wspomnień do niezwykłych koni trwała. Dał się — jak pisze — nabrać na kupno konia o imieniu Wieheisst.
Cytat:

W roku 1913 pokazano mi w krytej rajtszuli 9 pułku dragonów w Żółkwi, konia pełnej krwi : WIEHEISST*. Widzę, że rusza się dobrze - dwa wyścigi jakieś ma wygrane za sobą - tanio za niego żądają, więc myślę : od przybytku głowa nie boli i - kupiłem go. Teraz dopiero miała mnie rozboleć głowa ! Takiej łamagi, takiego hebesa, takiego drania, jak Wieheisst, nie miałem w stajni przez cały ciąg żywota, mimo że conajmniej 200 koni przeszło przez moje boksy. Bił bestja zadem, gryzł przodem, łeb miał jak bania prawosławnej cerkwi - strzelaj w niego ! nic nie rozumie - słowem : ubrali mnie. Nawet przysłowie ludowe powiada :

Okpił koniarz koniarza -
to się zdarza -
Przyszło jednak do sądu polubownego,
na którym stanęło,
że okpić jednak trzeba trzeciego...


Spróbujmy krampy w terenie. Ładna historja ! Stempa i kłusa jako tako, ale skoro zerwałem do galopu - zdechł pies. Nie pyta gdzie i jak, tylko gna przed siebie naoślep i żadna siła nie może tego idjoty zatrzymać, czy skierować gdzie należy.
Wpadliśmy raz do bagnistego stawu i omal obaj nie utonęli, bo mnie wciągnął przy ratowaniu. Innym razem zwalił się na niewinnej przeszkodzie i obaj straciliśmy przytomność. Nic nie wiem jak długo leżeliśmy w braterskim uścisku obok siebie - wiem tylko że kiedy odzyskałem zmysły i zobaczyłem habetę leżącą obok mnie jak trup, pomyślałem : zabiła się cholera !... Ale gdzie tam ! Potrząsnąłem mu łeb i odrazu się zerwał. I dotąd jeszcze nie wiem, dlaczegośmy zrulowali i dlaczego obaj zemdleli, bo przecież nic się nam nie stało.
Irytował mnie ten koń, toteż z przyjemnością sprzedałem go rotm. Kratochwilowi z 13-go pułku ułanów, znanemu jeźdźcy, uprzedziwszy uczciwie że to djabeł i że nie nadaje się absolutnie do konkursów. Lekko urażony rotmistrz odparł mi :
- Nie bój się przyjacielu ! Już ja sobie z nim dam radę i na konkursach...
To "dawanie sobie rady" trwało akurat dwa dni, bo trzeciego dnia, odesłał mi Wieheissta z adnotacją że takiego ścierwa jak ten koń, w życiu nie widział a ułan, odprowadzający Wieheissta opowiedział mi, że zaraz pierwszego dnia, koń uciekł z placu ćwiczeń, z rotmistrzem razem do koszar i tu omal go nie roztrzaskał o jakiś mur. Ponieważ żyłem w wielkiej przyjaźni z 13-ym pułkiem, przyjąłem konia spowrotem.
W międzyczasie znalazł się inny amator na tego cudaka. Oto sprowadził się w moje strony nuworysz, pan R. Uważał, że należy do dobrego tonu być dziedzicem sportsmenem, przyjechał tedy prosić mnie czy nie sprzedałbym mu coś z moich uprzęży, pojazdów, no i koni. Odpowiedziałem, że zaprzęgami i uprzężą nie handluję - na to jest Szlesinger w Wiedniu i zacny Rozdół we Lwowie - ale jednego konia mogę mu odstąpić.
- Przestrzegam pana tylko, panie sąsiedzie, że Wieheisst to czort, zły i bardzo trudny.
Na to pan R. zapewnił mnie, że jeździ jak sam Zangen, albo Dachowski. Niech mu będzie Dachowski.
Po paru dniach spotykam jego furmana w mieście, więc pytam :
- Macieju, no i jakże się sprawuje Wieheisst ?
- Dobrze, proszę łaski pana dziedzica, tylko, że u nas to cały szpital bez niego. Pan leży potłuczony, panicz leży pobity i chłopak jeden w stajni pogryziony na rzeszoto. Za każdym razem com go osiodłał, koń wracał z pola przez panów, a nawet przez siodła, zdarzało się, bo popręgi popękali.
- W imię Ojca i Syna !... A co robicie z koniem teraz ? - śmieje się.
- Konia panie dziedzicu tośmy zamknęli do okratowanego boksa po buhaju, w oborze i bez wierzch rzucamy mu siano. Nikt do niego nie wlezie, za żadne pieniądze, a starszy pan to nawet mówi, że do obory nie wejdzie...
I byłby miał nieszczęsny debiutant-dziedzic do sądnego dnia tą zamurowaną w oborze Aldonę, gdyby nie wojna, wybawicielka ludów. Wobec jej groźnego widma, zbladło nawet widmo Wieheissta. Kupił go jakiś oficerzyna austriacki i ruszył na wojnę. Śmiem wątpić, czy dużo na tej łamadze wywojował - a nawet przestaję się dziwić, że djabli wzięli Austrję.
---
*„Wie heisst er?" — znaczy po niemiecku „Jak on się nazywa?"; Niemcy często używają tego pytania w miejsce nieznanego imienia


"Karmazyny i żuliki" są zajmującą lekturą nie tylko ze względu na temat, ale także na język i styl, jakim zostały opowiedziane. Janowski pisze prosto, niewymuszenie, nie siląc się na żadne stylistyczne ekstrawagancje. Spostrzeżenia z dziedziny psychologii zwierzęcej komunikuje z humorem i sentymentem usposobiającym czytelnika przyjaźnie i do autora i do jego bohaterów.
Ze względu na czasy (I wojna światowa) oraz ludzi, którzy przy okazji wkraczają na teren opowiadań Janowskiego, książkę tę można uznać za pamiętnik o pewnym znaczeniu historycznym. Jako dokument zasięgu i poziomu zainteresowań „ziemianina poczciwego” lat przedwojennych w Galicji jest ta książka niepokojąco charakterystyczna właśnie przez to, że napisana tak mimowolnie i jakby od niechcenia. Autor ani przez chwilę nie przypuszcza, by mogło być inaczej, aniżeli jest w zakreślonym przez niego kręgu zainteresowań. Gdyby „Karmazynów i żulików” napisał nie ziemianin, byłby to pamflet, cóż - kiedy tak doskonałego pamfletu nikt postronny by nie wykroił. Dzisiejszy historyk obyczajowości polskiej początków XX w. będzie miał z tej książki nie lada uciechę, no i źródło. Zresztą sądzę, że każdy kto sięgnie po ten uroczy tomik, nie dozna rozczarowania, bo te gawędy o zwierzętach są całkiem ciekawe. Smile

PS. Dowiedziałem się, że w 1995 roku wyszła ta książka na podstawie fragmentów zamieszczanych w Kurjerze, natomiast ciekaw jestem, czy ktoś ma jakieś wiadomości o tej drugiej książce, tj. "Sarnie oczy i wilcze gardła"


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez bandziol20 dnia Czw 13:13, 22 Lis 2012, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Świat Konlangów Strona Główna -> Inne Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin